Tacy kruchutcy

09.02.2018 Barbara Gruszka-Zych
#
  • Biblioteka „Toposu”, T. 149
    Towarzystwo Przyjaciół Sopotu
    Sopot, grudzień 2017
    80 stron
    210 x 140
    oprawa: miękka
    ISBN: 978-83-65662-19-4

Łatwo znaleźć wspólny język z wierszami Barbary Gruszki-Zych. Zapewne dlatego, że niejako samorzutnie dążą do porozumienia, bo korespondują z elementarnymi doświadczeniami czytelnika: z przeżyciem miłości, przemijania, śmierci, tęsknoty i braku tych, z którymi po naszej stronie życia już się nie zobaczymy. Przejrzysta, bardzo określona, pozostaje także ich aksjologia: wiara, nadzieja i miłość okazują się tutaj rodzonymi siostrami prawdy, dobra i piękna. Jest to ponadto poezja stabilna światopoglądowo, choć ani statyczna, ani emocjonalnie wychłodzona. Przeciwnie – słuch i spojrzenie poetki umie na przykład bezbłędnie  wychwycić zaskakujące związki języka i losu; jej wrażliwość doskonale lokalizuje punkty styczne doczesności i wieczności. Swoje, często przygodne, odkrycia traktuje jako wstęp do rozeznawania wymiarów egzystencji. Najprędzej zauważymy to w wierszach, gdzie jako główny bohater występuje dziecko. Poetka chętnie przejmuje dziecięcy punkt widzenia, jak gdyby zamierzała podkreślić, że wzrastanie i rozwój kilkulatka stanowi powtórzenie poznawczej, a pewnie i duchowej przygody rodzaju ludzkiego uczącego się rzeczywistości, rozglądającego się po świecie naznaczonym relatywizmem postrzegania. Małego Leonka, trochę jeszcze zdezorientowanego, tak pociesza: „nie przejmuj się że sięgasz mamie / do kolan a stół widzisz od dołu / kilka perspektyw w życiu się przydaje” (do nóżek). I może dlatego z takim ciepłem mówi o jednym z oczekujących dopiero na swoje narodziny: „w brzuchu mojej synowej / kiedy siedzimy jedząc śniadanie / daje nam znaki dopominając się / o miejsce przy stole” (dziewięciomiesięczny). Brzmi w tym czułość, ale i szacunek dla obecności, która w pełni zrealizuje się niebawem. Niepowtarzalna jak obecność wielu tylu  innych,  napotykanych przez podmiotkę w podróżach (nad greckie morze, do Lizbony, do przerażonego zamachami Paryża), partnerujących jej w rozmowach, utrwalonych we wspomnieniach. Patrząc na nich, ale i wglądając w siebie wyczuwa ona napięcie pomiędzy tym,  co indywidualne – wygląd, ulubiony zwrot mowy – a tym, co wszystkim nam wspólne, a co najdobitniej wyraża się w przemijaniu i umieraniu. Na długiej liście utraconych figurują znani z imienia i nazwiska: Tomasz Burek, Leonard Cohen, Wojciech Kilar, i mniej ogółowi znani, ale nie mniej godni serdecznej uwagi. Niekiedy powracają gromadnie, „w kurtkach w sutannach w ubraniach roboczych / tak jak ich wziął anioł w locie” (przyszli); umarli – nie całkiem umarli „śpią w nas jak dzieci / trzeba tylko postukać łzą/ zbudzą się całe przedszkola / podejdą do naszych oczu/ sprawdzą czy mogą wybiec / i zostawić nas samych / bawiących się jeszcze w życie” (szatnia). Gotowość do obcowania zarówno z nienarodzonymi jak u z umarłymi stanowi jedną z najważniejszych cech lirycznej persony, a jej rozpoznania wolno usytuować w perspektywie ostatecznej nadziei.
Znaki przemijalności wydają się wszechobecne (por. zdjęcia; koniugacja; przed zamkniętym sklepem). Jednakże  poezja ta wciąż zwraca się ku życiu w jego najpiękniejszych przejawach, ku życiu, gdzie tyle można jeszcze uczynić, a ukochanemu dać  jedyny w swoim rodzaju podarek: „wspólny czas / tony złota / o których dotąd nikt nie wiedział” (***, nic sobie nie daliśmy…). Któż z nas nie chciałby być tak kochany: zarazem śmiertelnym ciałem i duszą nieśmiertelną, godzącymi swoje sprzeczności w miłosnym wyznaniu, w prośbie o pocałunek? Tytułem dopowiedzenia wyjaśnijmy, że dusza ma tu, rzecz jasna daleko poważniejsze zadania. A wszystkim zaprzeczającym jej istnieniu, odpowiada poetka zdecydowanie, stanowczo, zwięzłym wierszem na stronie 71. Znajdziemy wreszcie w tym zbiorze teksty wpisujące się tematycznie w model liryki religijnej, ale realizujące go na indywidualny sposób, który przypomina nam, że wiara wiąże się  również z aktywnością uważnej wyobraźni (tylko Jezus jest Stwórcą)  i wymaga trudu pokonywania własnych ograniczeń (***, przedzierasz się przez szron na szybie…).
Po lekturze tego tomu wciąż pozostajemy kruchutcy, ale przecież trochę silniejsi o optymizm, o jasność spojrzenia na rzeczy widzialne i niewidzialne.

Piotr W. Lorkowski